Recenzja albumu Backward/Forward autorstwa Adama Barucha

Backward-Forward

Recenzja albumu Stories autorstwa Adama Barucha

Backward-Forward

Recenzja albumu Backward/Forward w Polska Times

Backward-Forward

Recenzja albumu Stories w Polska Times

Stories

Backward/Forward - Felieton w tygodniku Toronto

Backward-Forward

Recenzja albumu Illusion w Jazz Forum

Illusion

Z Krzysztofem Pumą Piaseckim rozmawia Maciek Warda

Wywiad dla TopGuitar – publikacja kwiecień 2011.
Premiera płyty The 3RIO, najnowszego projektu Krzysztofa Piaseckiego, to świetna okazja, a by zadać muzykowi parę pytań na temat jego kariery oraz planów na przyszłość.

Maciek Warda, TG:

Witaj. Niezmiernie miło mi z Tobą rozmawiać! Czytasz regularnie magazyn TopGuitar?

Krzysztof "Puma" Piasecki

Oczywiście – TopGuitar jest przecież tytułem, którego muzyk, a zwłaszcza gitarzysta nie może pominąć! Jest również jednym z niewielu naprawdę profesjonalnych magazynów na polskim rynku muzycznym.

MW: Czytałem, że talent muzyczny odziedziczyłeś w genach – męska część Twojej rodziny to muzycy, więc chyba nie było szans byś został księgowym?

KPP: Faktycznie, matematyka nigdy nie była moją najlepszą stroną, chociaż z ekonomią radzę sobie raczej nieźle! Niedawno zastanawiałem się co robiłbym, gdybym nie był muzykiem – i wiesz co? Może grałbym w piłkę… Muzyka była obecna w moim domu od kiedy pamiętam – co prawda dziadka, który grał na skrzypcach – i podobno całkiem nieźle, niestety nie znałem. Mój ojciec grał na harmonijce, a starszy brat zrobił szkołę muzyczną w klasie akordeonu, grał też na klarnecie. Kiedy miałem 8 lat, mój ojciec chciał zrobić ze mnie skrzypka. Niestety – a może na szczęście – w dzieciństwie rzadko kiedy poddawałem się temu, co mi narzucano… Zresztą pozostało mi to do dziś. Potem, kiedy miałem 13 lat sam zapisałem się do szkoły muzycznej; niestety, nie było tam wtedy klasy gitary, wybrałem więc kontrabas – i tak się zaczęło…

MW: Wokoło jest wielu znanych muzyków „intuicyjnych”, bez szkół muzycznych. Czy myślisz, że powinni oni uczyć się nut i gry na innych instrumentach?

KPP: Nie jestem zwolennikiem określenia „muzyk intuicyjny”. Myślę, że bardziej właściwym byłoby użycie słowa „samouk”. Intuicję powinien mieć każdy muzyk, jest ona przecież nieodłączną składową talentu i samego procesu tworzenia, ale i odtwarzania. Myślę, że to jest tak: jeśli ludzie uprawiają sztukę – bez względu na to, czy jest to muzyka, czy malarstwo na przykład – jeśli robią w życiu wyłącznie to i z tego żyją, muszą być różnorodni. Wszechstronność u muzyków to cenna cecha. Aby być naprawdę dobrym muzykiem-samoukiem, nie mając przygotowania w postaci wykształcenia muzycznego, trzeba być naprawdę genialnym, na przykład takim Wesem Montgomerym, który potrafił odtworzyć ze słuchu i zagrać najbardziej nawet skomplikowane solówki Charliego Christiana po dwukrotnym ich wysłuchaniu, a nigdy nie nauczył się czytać i zapisywać nut. Tak, jestem przekonany, że aby być dobrym muzykiem, aby potrafić zagrać też z orkiestrą i aby swobodnie pracować w studiu, należy uczyć się nut. Natomiast granie na wielu instrumentach – jak najbardziej. Uważam, że to bardzo pomaga. Jeśli tworzysz, komponujesz, aranżujesz – umiejętność gry na wielu instrumentach jest bardzo przydatna. Sam zaczynałem od perkusji, kontrabasu, w wojsku grałem nawet na puzonie, na tubie, grywam na pianinie - każdy instrument rozwija świadomość muzyczną.

MW: Wracasz do kraju po wielu latach grania na obczyźnie. Wiem, że miało to związek z powodzią, która odebrała Ci bardzo wiele. Jak do tego doszło i co robiłeś przez ten czas?

KPP: To prawda, przez kilka lat nie było o mnie słychać. Przez prawie dziesięć lat grałem właściwie na całym świecie: w Skandynawii, w Europie Zachodniej, w Stanach – głównie na statkach. Wbrew obiegowym opiniom – granie na statkach nie jest czymś w rodzaju grania do kotleta. Grywałem zarówno w bandach z naprawdę świetnymi muzykami, jak również w trio, kwartetach, ale robiłem też własne show. Miałem tam niewątpliwą przyjemność spotykać, poznawać i grać ze znakomitymi zawodowcami. Prawdą jest również, że potrzeba grania za granicą spowodowana była koniecznością odbudowania się po stratach, które wyrządziła wielka woda. Straciłem praktycznie wszystko. Mam na myśli nie tylko rzeczy materialne, lecz także – może to zabrzmi patetycznie, ale w pewien sposób własną tożsamość. Z wodą popłynęły na przykład wszystkie moje zdjęcia z dzieciństwa i młodości; wszystkie pamiątki mówiące o tym, jaki byłem, kim byłem, zanim stanąłem w tym miejscu, w którym jestem obecnie. Powódź pozostawiła w mojej psychice rysę, która niewątpliwie daje o sobie znać, poprzez to jak gram, co gram, ale też daje siłę – świadomość, że poradziłem sobie z tak trudną sytuacją pozwala wierzyć, że może być już tylko lepiej!

MW:Uczestniczyłeś i uczestniczysz w wielu projektach, zarówno jako muzyk sesyjny jak i lider własnych grup. Która z tych ról sprawia Ci większą satysfakcję? Jakie projekty uważasz za najbardziej udane w Twojej karierze?

KPP: Praca sesyjna to doświadczenie, które bardzo sobie cenię. Dzięki niej mogę wejść w świat innych artystów, poznaję świetnych muzyków, ciekawych ludzi. Uczę się od nich jak można grać inaczej, ale czasem też jak nie grać. Realizowanie własnych projektów to po prostu realizowanie siebie – oddawanie, pokazywanie i przekazywanie tego, co mam w sobie, w sercu. Pracując jako muzyk sesyjny, sprawdzasz się jako zawodowiec. We własnych projektach masz większą swobodę – sam decydujesz co zagrasz, jak zagrasz, sam dobierasz muzyków, po prostu grasz siebie. Każdy projekt traktuję jako kolejny etap w moim życiu. Dotąd za jeden z najbardziej udanych uważałem projekt zrealizowany ze wspaniałym muzykiem – Jarkiem Śmietaną. Dzisiaj wiem, że to jednak „We’ve Got Plans…” jest płytą, dzięki której po raz pierwszy w życiu czuję się naprawdę spełniony. Dwadzieścia lat temu nie wyobrażałbym sobie nawet, że mógłbym nagrać taką płytę! Nagrywanie w trio to wielkie wyzwanie, do takiego projektu trzeba dojrzeć. Wciąż nie powiedziałem ostatniego słowa – już rodzą się kolejne dwa pomysły, jeszcze bardziej szalone, trudne… Mam nadzieję, że będziemy mogli o tym porozmawiać w przyszłym roku!

MW:Jestem przekonany! Powiedz, jak poznałeś Stana Michalaka i Kenny'ego Martina oraz jak zrodziła się koncepcja nagrania płyty „We've Got Plans”? Czy to pokłosie Twojej „emigracji”?

KPP: Stana poznałem kilka lat temu na festiwalu Jazz nad Odrą, w klubie Rura – poznał nas ze sobą Zbyszek Lewandowski, z którym od dłuższego czasu gramy w trio. Pamiętam, że pomiędzy nami od razu zrodziła się fajna myśl muzyczna. Kenny’ego natomiast poznałem w Koszalinie, podczas nagrywania płyty młodej wokalistki jazzowej, Natalii Pastewskiej. Stan i Kenny znali się od lat – razem grali między innymi w Berlinie. Koncepcja płyty nie stanowi „pokłosia emigracji”, którym jednak jest niewątpliwie poznanie wielu wspaniałych muzyków. Być może to otworzenie horyzontów spowodowało, że zrodził się pomysł nagrania takiego właśnie materiału.

MW: Album brzmi surowo i bardzo na czasie, jeśli chodzi o jazzowe trio. Czy aranżując materiał, odwoływałeś się do jakichś zachodnich inspiracji? Szczerze mówiąc, nie słyszałem jeszcze w Polsce takiej produkcji – gratuluję!

KPP: Dziękuję! Od dawna marzyłem o tym, żeby nagrać płytę w trio. Bardzo nęcił mnie pomysł, aby wykorzystać standardy rockowe i nagrać je w jazzowym brzmieniu, ale jak mówiłem wcześniej – do tego trzeba dojrzeć. Mam nadzieję, że się udało, ale nie mi to oceniać. Masz rację, album brzmi surowo i o to mi właśnie chodziło. To jest żywa muzyka, bez efektów, można w niej usłyszeć kilka brudnych dźwięków, ale to właśnie potwierdza fakt, że gram siebie - tak chcę grać!

MW: Spróbuj proszę, ocenić kondycję polskiego jazzu i gitary jako instrumentu w nim wiodącego. Chyba nie jest najlepiej?

KPP: Uważam, że kondycja polskiego jazzu jest bardzo dobra. Mamy wielu znakomitych muzyków na europejskim – a właściwie dlaczego nie powiedzieć – na światowym poziomie! Żeby wymienić chociaż kilku: Piotruś Wojtasik, Ben Maseli, Jurek Główczewski, bracia Niedzielowie, Grzesiu Nagórski, Boguś Hołownia, Krzysiu Herdzin, Jarek Śmietana, Marek Napiórkowski, Rysiu Sygitowicz, Darek Kozakiewicz – nie chciałbym nikogo pominąć – jak widzisz jest tak wielu wspaniałych! Nie mogę też nie wspomnieć o nieobecnym już wśród nas – niedocenionym gigancie polskiej gitary – Marku Blizińskim. Jak widzisz, kondycja polskiego jazzu, jeśli chodzi o potencjał muzyczny znajduje się na bardzo wysokim poziomie. Problem natomiast leży w mediach, w promocji oraz w odbiorze. Jazz jest nadal w Polsce gatunkiem niedocenionym, niepopularnym, nadal nasi wielcy znani są znacznie lepiej poza granicami, niż we własnym kraju.

MW:Zgadzam się z Twoimi słowami; słuchanie „złej” muzyki jest szkodliwe, zarówno dla nas muzyków jak i dla zwykłych słuchaczy. Tylko jak zdefiniować tę „złą muzykę”? Gdzie kończy się wolność naszych gustów, a zaczyna się brnięcie w muzyczną miałkość i hochsztaplerkę?

KPP: Nie mam nic przeciwko muzyce popularnej. Nie każdy musi słuchać jazzu czy bluesa, do tego trzeba dojrzeć. Zawsze jednak zwracam uwagę na jedną rzecz: jakikolwiek gatunek muzyki grasz, zagraj to dobrze. „Zła” muzyka w moim przekonaniu to źle wykonywane dźwięki a nie gatunek inny, niż jazz na przykład. „Zła” muzyka to nienastrojony instrument, melodia zaśpiewana pod dźwiękiem – źle zaśpiewana, sfałszowana – niezależnie od tego czy jest to „Ave Maria” czy „Mydełko Fa”. Wolność gustów się nie kończy, o gustach się nie dyskutuje. Po prostu – jeśli coś robisz, to rób to dobrze albo wcale!

MW: Od czasów inżyniera Mamonia wiemy, że ludzie lubią słuchać muzyki takiej, którą, jak im się wydaje, już słyszeli. Czy uważasz zatem, że jazz i fusion jako gatunki w dużej mierze improwizowane nie mają szans na szeroką publiczność?

KPP: Jazz i fusion nie są gatunkami „w dużej mierze improwizowanymi” – improwizacja jest po prostu ich istotą, jest istotą sztuki, jej wyznacznikiem. Ktoś, kto się tego podejmie i jest w stanie tego dokonać, zainteresować odbiorców, niewątpliwie posiada to, co nazywamy darem od Boga, czyli talentem. Pytasz, czy jazz ma szanse na dużą publiczność? Sztuka improwizowana nigdy nie była „kiełbaskową” – jak żartobliwie określam disco polo. Raczej nie ma szans, aby granie jazzu mogło zgromadzić taką publiczność jak granie gatunków pop. Ale czy właśnie o ilość chodzi, jeśli mamy do czynienia ze sztuką? Chyba nie.

MW: Kogo młodego i zdolnego dostrzegasz teraz na polskiej scenie gitarowej? Mam na myśli oczywiście muzykę – nazwijmy to – rozrywkową, a nie klasyczną. Czy Twoje wyczulone ucho wyłapało jakiś talent, który mógłbyś zareklamować?

KPP: A dlaczego nie możemy mówić o muzyce klasycznej? Jest wielu utalentowanych młodych ludzi w naszym kraju. Doświadczam tego niemal codziennie, pracując z młodzieżą na różnego rodzaju warsztatach, w szkole muzycznej, udzielając lekcji. Ale kiedy mnie o to zapytałeś w mojej głowie jakby automatycznie pojawiło jedno nazwisko – Krzysiu Pełech! Miałeś zapewne na myśli kogoś, kto dopiero stawia swoje pierwsze kroki a Krzysiu jest przecież już dojrzałym, utytułowanym artystą – ale to naprawdę muzyk wielkiego formatu, to prawdziwa gitarowa perła!

MW: Opisz, proszę, Twój gitarowy ekwipunek. Wiosła, backline, efekty itd. Na pewno trochę tego przerobiłeś w życiu...

KPP: No dobrze, pochwalę się więc swoim najnowszym nabytkiem, którym wciąż jestem bardzo podekscytowany, dlatego zatrzymam się przy nim nieco dłużej - to najnowszy okręt flagowy Höfnera - Chancellor – który zachwyca nie tylko solidnym wykonaniem i klasycznym designem, lecz przede wszystkim charakterystycznym dla Höfnera, wspaniałym dopasowaniem manualnym. Tak jak wszystkie gitary tej firmy, na których dotąd miałem przyjemność grać, Chancellor jest instrumentem, który idealnie stapia się z sylwetką, daje prawdziwy komfort gry i doskonale stroi. Chociaż powszechnie wiadomo, że żaden instrument nie gra sam, a dobre brzmienie wypływa z palców, Chancellor dzięki swoim niewątpliwym zaletom powoduje, że grając na takim instrumencie, znacznie łatwiej jest poruszyć struny emocji. Instrument ten wykorzystałem na płycie The 3RIO.
Pozostałe gitary to akustyk Höfner model Jambo, Gibson ES-335 model Tennessee, na którym nagrałem większość materiału do „We’ve Got Plans…”, Gibson elektroakustyk model Chet Atkins, Fender Stratocaster z 71 roku, Ibanez model George Benson GB-10, stary akustyk Guild. Czasem bawię się w syntezator gitarowy, używając gitary Godin. Wzmacniacze to głowa Fender Supersonic, combo Zinky. Mam kilka analogowych kostek, ale staram się używać ich jak najmniej.

MW:Lepiej czujesz się z cleanem i hollow body, czy raczej leadem i solid body? Jak Ci w duszy gra?

KPP: To zależy od tego, co wykonuję, ale najlepiej czuję się z hollow body; używam hollow, realizując swoje projekty. Jako muzyk związany z wrocławskim Teatrem Muzycznym Capitol; grając w musicalach, używam mojego ulubionego Stratocastera i gitar akustycznych.

MW: Gdzie i z kim w najbliższym czasie będzie można Cię usłyszeć? Jednym słowem: plany na przyszłość.

KPP: Jak wspomniałem, jestem związany z Teatrem Capitol – gram w „Hair”, „Dziejach grzechu” oraz w najnowszej rewii sensacyjnej „Ścigając zło – Bond”. Oczywiście ruszyła promocja płyty i związane z tym koncerty, jak również obecność na festiwalach a wszystko to nie tylko w kraju ale również na terenie Skandynawii i Europy Zachodniej. W planach z The 3RIO mamy również Stany Zjednoczone, Kanadę. W głowie i w sercu rodzi się nowy projekt, o którym póki co nic więcej nie powiem. Wspólnie z innymi muzykami planuję też realizację projektu dla i z niepełnosprawnymi dzieciakami, z którymi pracujemy muzycznie ze stowarzyszeniem Ósmy Kolor Tęczy. Jak widzisz, nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa!

MW:Nigdy tak nie uważałem. Dziękuję pięknie za rozmowę!

KPP: Dziękuję również!

Z Krzysztofem Pumą Piaseckim rozmawia Maciej Rzeczycki

Krzysztof "Puma" Piasecki - gitarzysta, kompozytor i aranżer, współpracował z zespołami Heavy Metal Sextet, Walk Away, VOX, Wały Jagiellońskie oraz z Tomaszem Szukalskim, Zbigniewem Lewandowskim, Ewa Bem, Krystyna Prońko, Janem Ptaszynem Wróblewskim, Zbigniewem Namysłowskim, Krzysztofem Ścierańskim, Januszem Skowronem. Większą część swojej dotychczasowej muzycznej drogi spędził pracując w dużych, orkiestrowych składach - były to Big Band Wiesława Pieregorólki, Alex Band Aleksandra Maliszewskiego i Orkiestra Zbigniewa Górnego.

Maciej Rzeczycki:

Od czego zaczęły się pańskie muzyczne zainteresowania?

Krzysztof "Puma" Piasecki

Mój dziadek był podobno bardzo dobrym skrzypkiem w okolicy, mój brat grał na klarnecie i akordeonie, a ojciec bardzo dobrze grał na harmonijce ustnej. Moje pierwsze muzyczne fascynacje wiążą się jednak z muzyką rock'n'rollową. Szczególnie zaszokowało mnie Woodstock. Gdy miałem dwanaście lat, muzyka była już moim głównym hobby, bardzo dużo słuchałem. Przez znajomych udało mi się dotrzeć do zachodniej prasy muzycznej. W tamtych czasach interesowała mnie muzyka rockowa, na czele z Led Zeppelin.

MR: Czy posiada Pan wykształcenie muzyczne?

KPP: Dobrze wiemy, że nie ma gitary elektrycznej w naszych średnich szkołach muzycznych. Z tego względu uczyłem się gry na kontrabasie. Ukończyłem średnią szkołę muzyczną grając na tym właśnie instrumencie, dyplomu jednak nie zrobiłem. Zrezygnowałem również z możliwości studiowania w Katowicach. Uważam jednak, że zdobycie podstaw wiedzy muzycznej w szkole jest konieczne.

MR: W roku 1983 został Pan laureatem Międzynarodowego Konkursu Improwizacji jazzowych w Katowicach, a swoją pierwszą autorską płytę nagrał Pan dopiero osiem lat później. Dlaczego czekał Pan tak długo?

KPP: Do tego trzeba dojrzeć, bardzo dużo grać i bardzo wiele umieć. W roku 1983 byłem jeszcze bardzo młodym muzykiem. Mój punkt widzenia na muzykę zaczął się dopiero kształtować, ten proces zresztą trwa bez przerwy.

MR: Przez te wszystkie lata pracował Pan w najróżniejszych składach od duetów po orkiestry. W jakim czuje się Pan najlepiej?

KPP: Uważam, że najlepszą szkołą była dla mnie gra w big bandach, która oprócz wiedzy i dyscypliny dała mi możliwość zarabiania pieniędzy. Jednym z takich układów była moja współpraca z Big Bandem Wiesława Pieregorólki, z którym jeździł wtedy Andrzej Rosiewicz. Bardzo miło wspominam współpracę z Aleksandrem Maliszewskim, tak samo ze Zbigniewem Lewandowskim, Heavy Metal Sextet i Walk Away. Dla mnie podstawową i najważniejszą sprawą w zespole jest dobra atmosfera. Dlatego w zasadzie każdy z tych składów wspominam bardzo dobrze.

MR: W swoich materiałach informacyjnych podaje Pan pracę z orkiestrą w cyrku oraz pracę w oberży w Norwegii. Często nasi muzycy oficjalnie nie chcą przyznawać się do pracy np. na statku, podczas gdy nawet najlepszych zachodnich muzyków można spotkać zarabiających graniem w najróżniejszych lokalach.

KPP: Jeśli ktoś obraża się na muzykę, to znaczy, że nie jest szczery i uczciwy. Jeśli ktoś wstydzi się tego, co robił, to znaczy, że się na to obraził. Nie mogę wstydzić się tego, że wyjechałem i zarabiałem pieniądze, żeby w domu było lepiej i żebym mógł sobie kupić instrumenty. Gra w cyrku? Pojechałem tam z bardzo dobrą orkiestrą, bo z Alex Bandem, tak samo grałem na statku i traktuję to jako kolejne doświadczenie, które pozwoliło mi poznać lepiej tą pracę. Taki już jest ten zawód. Były takie czasy, że wolałem pracować w oberży, gdzie moja praca była doceniana i bardziej obowiązkowa, niż praca na estradzie w kraju - nie mówiąc już o graniu jazzu. Często było tak, ze obok lokalu, w którym ja pracowałem, w innym podobnym miejscu grał jakiś doskonały muzyk zachodni i często w przerwach chodziłem go posłuchać. Nie mam się czego wstydzić, zawsze zarabiałem pieniądze jako muzyk i zawsze z dobrymi muzykami. Gdy grałem w cyrku, to był to jeden z najlepszych cyrków na świecie.

MR: Jak zmieniały się Pana zainteresowania muzyczne?

KPP: Wychowałem się na rock'n'rollu i do dzisiaj oprócz muzyki jazzowej słucham go dużo. Nie wiem, czy w stu procentach gram jazzowo. Bardzo cenię takich gitarzystów jak Steve Morse, Steve Lukather, lubię Eddie Van Hallen'a, Steve Vai'a, Alberta Lee - oni wszyscy mają miejsce w moim życiu, ale nie katuję się nimi. Uważam, że jako gitarzysta muszę słuchać różnych gatunków muzyki. Wielu młodych ludzi jest pod dużym wpływem Joe Satriani'ego i jego niebywałej techniki, muszę powiedzieć, że jest to doskonały gitarzysta, u którego poza wspomnianą już techniką uwagę zwraca bardzo ciekawe brzmienie i kompozycje.

MR: jakiej muzyki nie słucha Pan wcale?

KPP: Na pewno disco-polo. Chociaż ostatnio razem z żoną zadaliśmy sobie trud słuchając "muzyki" prezentowanej przez jeden z programów telewizyjnych. Chciałem usłyszeć, o co w tym chodzi, co ludzi do tego tak ciągnie. To jest zgroza! Trudno oczywiście wymagać, żeby wszyscy słuchali jazzu, czy rocka. Skala tego zjawiska w naszym kraju jest z winy mediów przerażająca. Oczywiście Polak nie przyzna się, że porywa go disco-polo, ale na każdym takim koncercie w amfiteatrach jest po kilka tysięcy osób. Nie wiem z czego to wynika. Może tacy już jesteśmy. Często jazz kojarzy się młodym ludziom z czymś bardzo trudnym i niezrozumiałym. Zdarza się, że gdy zaproszę ich na koncert jazzowy przekonują się do tej muzyki i zaskoczeni pytają: "To jest ten jazz?". W naszych rozgłośniach jest bardzo mało dobrej muzyki. Nie mówię o jazzie, ale jest przecież jeszcze soul, czy pop i rock na dobrym poziomie. Tym bardziej, ze dzisiaj jest z kogo wybierać, nawet na polskich scenach.

MR: Jakich gitarzystów słuchał Pan kiedyś, a kogo słucha Pan dzisiaj?

KPP: Mam swoich faworytów. Jednymi z pierwszych byli oczywiście Jimi Hendrix i Ritchie Blackmore, których ostatnio odłożyłem trochę na półkę. Później pojawili się już gitarzyści jazzowi, tacy jak Joe Pass, Herb Ellis, dalej Jim Hall, John McLaughlin, czy George Benson. Myślę, ze zacięcie rock'n'rollowe leży w naturze samej gitary elektrycznej i w mojej chyba też, stad na początku lat osiemdziesiątych szczególnie zainteresowałem się Johnem Scofieldem. Jazz dotarł do mnie przy okazji gościnnych koncertów zespołów festiwalu Jazz nad Odrą. W Opolu powoli zaczęło powstawać środowisko fanów jazzu. Wspólnie z przyjaciółmi organizowaliśmy Jam Session. Byli wśród nich Wojtek Gogolewski, Czesio Szymanowski, Rysiek Krawczuk, Jan Cichy, Mirek Sitkowski, Mietek Wolny i muzycy, którzy później założyli grupę TSA. Na pierwsze Warsztaty Muzyczne pojechałem do Remontu, gdzie zakwalifikowałem się do Chodzieży. Tam moimi nauczycielami byli, niestety już nie żyjący, Marek Bliziński i mój dzisiejszy Przyjaciel Jarosław Śmietana. Na te warsztaty pojechałem z pożyczoną gitarą i bez najmniejszego pojęcia na temat grania jazzu. Od samego początku pociągała mnie w jazzie improwizacja. Wracając do moich dzisiejszych faworytów - obok Scofield'a muszę wymienić takich muzyków, jak Mike Stern, Alan Holdsworth, Pat Metheny, oczywiście Scott Henderson i w dalszym ciągu wszyscy klasycy gitary jazzowej. Myślę, że to dość standardowy zestaw. Mistrzem świata w graniu bluesa jest dla mnie Larry Carlton, warto dodać jeszcze takich gitarzystów, jak Steve Ray Vaughan i Roben Ford.

MR: Czy aby być dzisiaj zawodowym muzykiem, koniecznie trzeba mieć wykształcenie muzyczne?

KPP: Myślę, że tak. Praca muzyka nie kończy się na tym, ze mamy zespół i jak "odpali" to będzie dobrze. Ta praca to również to, że ktoś cię angażuje, daje nuty i trzeba grać. Na naukę nie ma wtedy czasu, bo jest wielu chętnych na twoje miejsce. Muszę powiedzieć, że parę lat temu wysłałem swoje zgłoszenie do Berklee w Bostonie. Odpowiedź była pozytywna, a na dodatek przyznano mi bardzo dobre stypendium. Po przemyśleniu całej sprawy zrezygnowałem jednak z tej możliwości. Taka nauka trwa cztery lata, a to bardzo długo dla kogoś, kto ma rodzinę. Myślę, że dobrze zrobiłem, bo dzięki moim bliskim mam dla kogo żyć i to oni są najważniejsi dla mnie. Muzyka w dzisiejszych czasach poszła bardzo do przodu, brak tu już miejsca na przypadki, choć wciąż zdarzają się "prawdziwki".

MR: Jak odnajduje Pan w tym wszystkim polskie szkolnictwo muzyczne?

KPP: Mówiąc osobiście, to przez jednego z zastępców dyrektora szkoły muzycznej w Opolu nie zrobiłem dyplomu. Zostawiając jednak moje wspomnienia, to sądzę, że źle uczą. Przygotowują wyłącznie klasycznie, nie uczą współczesnej harmonii. Przecież harmonia jazzowa jest bardzo piękna, czego nie mam zamiaru udowadniać, ale skandalem jest to, że tylko jeden wydział w całej Polsce obejmuje tą tematykę. Przecież kadra by była, mamy świetnych muzyków, dlaczego nikt tego nie robi?

MR: Właśnie, dlaczego?

KPP: Nie wiem, może z braku pieniędzy. Wszystkim wiadomo, jak skandalicznie mało zarabiają nauczyciele, jak mało jest pieniędzy na naukę w ogóle. Otwierając moim zdaniem na naszych uczelniach wydziały muzyki rozrywkowej i jazzu, gdzie za naukę trzeba byłoby płacić, znalazłoby się chętnych, a szkoły też mogłyby na tym zarobić. Jeśli ktoś chce grać muzealną muzykę w filharmonii, to proszę bardzo, ale dajmy ludziom jakiś wybór.

MR: Proszę nam powiedzieć, w jaki sposób i co Pan ćwiczy?

KPP: Mam bardzo dużo zajęć, dużo gram dlatego często brakuje mi czasu na ćwiczenie. W każdej wolnej chwili staram się jednak sięgać po instrument. Żeby dobrze się rozgrzać na początek gram różne utwory. Bardzo ważne jest ćwiczenie gam, które tylko pozornie jest bardzo błahym zajęciem, lubię też grać z podkładem z taśmy. Ćwiczeniem bardzo rozwijającym słuch jest spisywanie solówek, fragmentów harmonii z nagrań i następnie analizowanie każdego dźwięku. Podstawową sprawą i chyba najważniejszą jest słuchanie w spokoju dobrej muzyki, analizowanie brzmień, a nawet techniki miksowania. Uważam, że nie wolno słuchać złej muzyki, jest to po prostu szkodliwe. Muzyk, którego słucham musi mieć na czym grać, nie wystarcza mi doskonałe technicznie granie na niczym. Nagrywając swoją drugą płytę zaprosiłem do tego projektu Jarka Śmietanę i muszę powiedzieć, że dużo dał mi ten kontakt. Jarek jest bardzo kreatywnym muzykiem z ogromnym bagażem doświadczeń, a do tego to świetny przyjaciel. Uważam, ze doświadczonych muzyków należy pytać, co sam często robię.

MR: Jak ocenia Pan sytuacje na naszym rynku muzycznym i co Pana w niej denerwuje?

KPP: Bardzo dużo się zmieniło, jest wiele miejsc, gdzie można grać koncerty. Niestety, brak odpowiedzialności niektórych organizatorów mnie przeraża. Często nawet z podpisanych umów nie potrafią się oni wywiązać. Zdarza się, że w dniu koncertu potrafią odwołać całą imprezę nie podając żadnych rozsądnych powodów. Muzyk nie powinien się tym zajmować, ale ja zwykle sam organizuje sobie grania. Ostatnio bardzo zastanawiam się nad współpracą z jakąś zawodową agencja, będę musiał chyba to zrobić. Denerwuje mnie też fakt, że mało jest naprawdę dobrych realizatorów studyjnych. Oczywiście jest i kilku świetnych.

MR: Koncert jakiego artysty wywarł na Panu szczególne wrażenie?

KPP: Był to koncert Jahn'a Scofield'a na festiwalu Summer Jazz Days w Warszawie. Kiedy publiczność stojąc nagradzała brawami zespół, ja siedziałem wbity w fotel i nie magłem się otrząsnąć. Energia, która biła ze sceny była niesamowita. Był to genialny koncert.

MR: Kogo chciałby Pan zobaczyć na koncercie?

KPP: Jeszcze raz Miles'a Davis'a, co niestety już nigdy się nie zdarzy. Jeśli tylko dzieje się coś godnego uwagi, to staram się na tym być. Cały czas rozmawiamy o wielkich muzykach, a przecież w kraju mamy wielu doskonałych artystów, grających rewelacyjne koncerty.

RECENZJA

GITARZYSTA – Kuba Chmiel
Luty 2011
THE 3RIO
„We’ve got plans…”
(RADIO OPOLE)
Gitara :Krzysztof PUMA Piasecki
Kontrabas: Stan Michalak
Perkusja: Kenny Martin

Każdy, kto odwiedza fora internetowe poświęcone muzyce przynajmniej raz był świadkiem zażartej dyskusji na temat znaczenia edukacji muzycznej w życiu i karierze artysty. Opinie o prymacie szkoły/uczelni ścierają się z poglądami zwolenników samodzielnego "plumkania" w zaciszu domowym.

Z pewnością ci ostatni będą nawet przytaczać argumenty o szkodliwym wpływie nauczycieli, ograniczających jakoby umysły adeptów instrumentalnego rzemiosła. Trudno sobie jednak wyobrazić opanowanie zawiłych meandrów współczesnego jazzu bez gruntownej wiedzy muzycznej. Sięgając po płytę zespołu The 3RIO, możemy mieć gwarancję, że nasze uszy będą stykały się z dźwiękami, które wyszły spod rąk fachowców.

The 3RIO może i ma mało oryginalną nazwę, ale muzycy grają w nim zawodowi. Jego skład tworzą: Krzysztof "Puma" Piasecki (gitara), Stan Michalak (kontrabas) i Kenny Martin (perkusja). Ich warsztat muzyczny przesiąknięty jest doświadczeniem zdobytym na światowej sławy uczelniach. Nie bez znaczenia były także wspólne występy z artystami z górnej półki. To wszystko zaprocentowało na najnowszym albumie "We’ve Got Plans".

"We’ve Got Plans" to 54 minuty zaaranżowane w większości przez Krzysztofa Piaseckiego. Wymagający słuchacze docenią kunszt z jakim zostały napisane i wykonane utwory na płycie. Trudno przejść obojętnie obok skomplikowanych i jednocześnie nacechowanych dynamiką fraz wygrywanych przez "Pumę". Fani perkusji i kontrabasu również znajdą coś dla siebie. Muzycy grający na tych instrumentach nie tylko trzymają w ryzach partie solowe "Pumy", ale i uzupełniają je o własne akcenty. Ciekawostkę stanowią zamieszczone na płycie trzy covery popularnych utworów rockowych. Dwa z nich przestylizowane zostały w niezwykle atrakcyjny sposób na jazz współczesny.

Dyskusje o szkołach muzycznych i ich wpływie na karierę przyszłych gwiazd muzyki nigdy nie stracą na popularności. Trudno bowiem zakończyć je racjonalną argumentacją na rzecz jednego z poglądów. Niewykluczone, że w przyszłości ktoś podejmując ten spór będzie opierał się na przykładzie trójki muzycznych "wykształciuchów" z zespołu The 3RIO. Biorąc pod uwagę płytę "We’ve Got Plans" byłoby to ze wszech miar zasłużone.

RECENZJA

TOPGUITAR – Maciek Warda
Marzec 2011
THE 3RIO
„We’ve got plans…”
(RADIO OPOLE)
Gitara :Krzysztof PUMA Piasecki
Kontrabas: Stan Michalak
Perkusja: Kenny Martin

Wydawać by się mogło, że formuła jazzowego tria powinna być ograniczona ze względu na środki wyrazu, jakimi dysponuje. Na szczęście jednak w jazzie taka logika nie ma wiele do gadania, bo liczą się emocje, przekaz i swing, czyli czynniki nie określone szkiełkiem i okiem. Tę właściwość wykorzystał Krzysztof PUMA Piasecki, komponując i aranżując materiał na swój najnowszy projekt. Efekt jest piorunujący! To ciekawe, że tak niewiele jest w Polce projektów, w których obok kontrabasu i perkusji pierwsze skrzypce grałaby gitara elektryczna. Okazuje się, że nie ma tu żadnych ograniczeń co do formy i treści. Gitara Piaseckiego jest na przemian agresywna i łagodna, wymiata i kładzie harmoniczne plamy, frazuje w fortepianowym stylu cool („Samba Pa Ti”) albo gra jazzrockowe riffy, których miłośnicy fusion będą słuchać z najwyższą przyjemnością. Poziom techniczny i świadomość muzyczna trójki muzyków to wysoka światowa półka. Szczerze mówiąc, gdyby ktoś nie wiedział kto zacz, można by pomyśleć, że to jakiś świeży projekt muzyków z Nowego Jorku, którzy za jakiś czas niechybnie będą gwiazdami światowej sceny jazzowej!

Absolutnie przebojowy utwór tytułowy to połączenie zakręconego unisona gitary, basu i wokalu, który przypomina Johna Wettona za najlepszych czasów oraz kilka minut rozwijającej się improwizacji PUMY na lekkim overdrive’ie. Tych, którzy zaniepokojeni są obecnością szlagierów pokroju „I Can’t Get No (Satisfaction)” czy „Stairway to Heaven”, od razu uspokajam – są to wersje, o których Wam się nawet nie śniło. Trochę Scofieldowsko to wszystko brzmi, ale PUMA ma swój styl i dzięki temu naprawdę jest tu czego posłuchać. No i tytuł obiecuje, że panowie mają jeszcze jakieś plany do zrealizowania razem. Pozostaje mieć nadzieję, że to prawda!

Hanza Jazz Festival

Hanza Jazz Festival Gitara: Krzysztof PUMA Piasecki
Kontrabas: Stan Michalak
Perkusja: Zbyszek Lewandowski

RECENZJA

TOPGUITAR – Maciek Warda
Luty 2015
Krzyszotf "Puma" Piasecki
„Illusion”

Pierwsze wrażenie po przesłuchaniu „Illusion” Krzysztofa „Pumy” Piaseckiego? Okładka płyty doskonale współgra z muzyką na płycie. Dużo tutaj niespodzianek i eksperymentów, które komplikują ocenę całości. Sztuka konceptualna zagrana na gitarze przez muzycznego podróżnika i odkrywcę. W stosunku do poprzedniego albumu autor muzyki podjął się o wiele bardziej ambitnego zadania (nie umniejszając poprzedniemu albumowi!) i stworzył frapujące dzieło nie dla wszystkich miłośników gitarowego grania.

Myślę, że gdyby Terje Rypdal usłyszał dzisiaj Krzysztofa, mógłby poczuć dumę, że jego wpływy trafiły na tak podatny grunt jak muzyczny zmysł Krzysztofa Piaseckiego. Nie jest to łatwa i przewidywalna płyta, choć gitara cały czas jest obecna w różnej formie – raz jako riffowa lokomotywa, raz jako generator efektów przestrzennych, a raz jako narzędzie tworzenia pięknych melodii i harmonii. Dopiero w trzecim kawałku przypominamy sobie tak naprawdę, że „Puma” potrafi wymiatać całkiem zgrabne solówki, bez nadętej rockowej emfazy, za to ze smakiem i znajomością jazzrockowej tradycji gitarowej. O brzmieniach gitar można by długo pisać – są wysmakowane, stylowe, pełne użytych z umiarem efektów. Te wszystkie, osłuchane już tysiące razy chorusy, vibrata, delaye, reverby, przestery nabierają na „Illusion” ponownego znaczenia. Stają się bardzo istotnymi elementami muzyki, jej tworzywem, a nie tylko – jak to często bywa – zabawkami w rękach rzemieślnika. Nastrojowe kompozycje budowane są na zasadzie sprawdzonych i cały czas urzekających środków wyrazu: gitara akustyczna z fortepianem, oldschoolowo brzmiący hammond z przesterowaną gitarą czy kosmiczne efekty specjalne zestawiane z akordami zawieszonymi w tej nierzeczywistej, nadprzyrodzonej przestrzeni. Cały album jest bardzo konsekwentny w swoim północnym, lunarnym klimacie. W zasadzie powinno go wydać ECM. Polecam muzycznym koneserom, ale też młodym gitarzystom, którzy chcą się przekonać, jakie cuda może z gitarą wyczyniać osoba o otwartym umyśle.

RECENZJA

The Soundtrack Of My Live - Adam Baruch
Krzyszotf "Puma" Piasecki
„Illusion”

This is the fifth album by veteran Polish guitarist / composer Krzysztof Puma Piasecki, recorded in a quartet format with keyboardist Wojciech Konikiewicz, bassist Adam Skrzypek and drummer Sebastian Skrzypek. Kasia Puma Piasecki adds some improvised vocals on one track. The album presents ten original compositions, six of which were composed by Piasecki and four were co-composed by Piasecki and Konikiewicz.

The material on this album presents two quite separate musical universes:

The music composed by Piasecki moves between Blues-Rock and Jazz-Rock Fusion and is based on strong melodic motifs, which serve as vehicles for extended improvisations by the guitar and the keyboards. Both the lyrical / melancholic ballads and the bluesy rockers are nicely and intelligently crafted. The entire sound of the ensemble is somewhat retro oriented and quite reminiscent of many late 1960s / early 1970s Blues based electric instrumental albums. Piasecki plays some great guitar licks, which still send a shiver down the listener´s spine, at least in the case of those of us who grew up when this type of music ruled the world. Konikiewicz plays a variety of keyboards, from acoustic piano, on the mellow acoustic tunes on which the acoustic guitar is also used, to mean synthesizers on the more rocky tunes. The rhythm section (with acoustic bass) is supportive and tight, exactly as needed, and produces an unobtrusive background, which carries the solos with grace.

In contrast, the music co-composed by Piasecki and Konikiewicz is less conventional, mostly ambient / improvised, performed by guitar and keyboards only, except for one track, which also uses vocals. This music is obviously more complex and adventurous, and as a result more difficult to be absorbed by an average listener. It is also much more interesting as far as more experienced and daring listeners are concerned.

In spite of the obvious differences, the two musical universes work well together, balancing the overall effect both aesthetically and emotionally, creating a multifaceted musical experience.

Although this album does not break any new ground musically, it contains excellent musical content, which is based on creative compositions and superb execution by high class instrumentalists, which is already more than most album released today. Listeners who still listen to Blues-Rock and Jazz-Rock Fusion have a great opportunity here to get an injection of fresh music, which is right up their alley. This is definitely an album worth investigating by all guitar fans and just anybody with any musical taste left in them. Well done!

Kontakt

numery telefonów:

Krzysztof Puma Piasecki
+48 508 853 020
e-mail: pumiak@poczta.onet.pl